Wybierz region

Wybierz miasto

    Rozmowa ze Stefanem Mellerem, jeszcze ministrem spraw zagranicznych

    Autor: Sławomir Kmiecik

    2006-04-29, Aktualizacja: 2006-04-28 18:19 źródło: Polska Gazeta Wrocławska

    Nie jestem szantażystą • Twierdzi Pan że, w przeciwieństwie do Andrzeja Leppera, może Pan sobie wyobrazić siebie bez teki ministra. Odejdzie pan nieodwołalnie? – Nie chodzi o to, czy Andrzej Lepper ...

    Nie jestem szantażystą
    • Twierdzi Pan że, w przeciwieństwie do Andrzeja Leppera, może Pan sobie wyobrazić siebie bez teki ministra. Odejdzie pan nieodwołalnie?
    – Nie chodzi o to, czy Andrzej Lepper zostanie wicepremierem. Koncentrowanie się na personaliach fałszowałoby obraz sprawy, tworzyłoby domniemanie, że inteligent ma muchy w nosie i nie chce być w jednym rządzie z przedstawicielem partii o chłopskich korzeniach. To byłoby całkowicie zakłamane. Uważam, że wszystkie stany powinny być aktywne w polskiej polityce.

    • Czyli problemem nie jest styl i klimat polityczny reprezentowany przez Leppera?
    – Chodzi o program!

    • Boi się pan, że po rozszerzeniu koalicji rządowej o Samoobronę, LPR czy PSL podważone zostaną fundamenty polskiej polityki zagranicznej?
    – Były takie sygnały, ale rzecz nie dotyczy wyłącznie polityki zagranicznej. Nie ma dziś – w warunkach globalizacji, zarówno w świecie, jak i wewnątrz kraju – takiej wydzielonej dziedziny życia. Kiedy zapowiada się renegocjację traktatu akcesyjnego z Unią Europejską, to nie jest to problem jedynie polskiej polityki zagranicznej. Budżet narodowy Polski ma związek z budżetem unijnym i określa możliwości naszego funkcjonowania w UE. Mamy także inne zobowiązania, związane na przykład z wejściem do strefy euro. Szef MSZ musi być „cenzorem” pewnych myśli, które pozornie nie dotyczą polityki zagranicznej, ale w istocie odnoszą się do samej jej istoty.

    • Zapowiedź renegocjacji traktatu akcesyjnego w sprawie rolnictwa czy blokowanie wejścia do strefy euro zagraża naszym interesom narodowym?
    – W moim rozumieniu – tak.
    • Może rzecz dotyczy tylko haseł, o których takie ugrupowania jak Samoobrona czy LPR zapomną po wejściu do rządu?
    – Polityka to nie restauracja, w której są dania z karty i spoza menu. Nastał czas, kiedy potrzebny jest minister polityczny, to znaczy z karty. To zresztą częsta sytuacja: zwycięskie partie czy koalicje typują swoich polityków na ministrów, a eksperci zostają zastępcami. Zawsze będzie padać pytanie: jak szef polskiego MSZ ma się do krajowej polityki?

    • Oraz kto za nim stoi?
    – Tutaj akurat widać, że król jest nagi. Stoi za mną żona, dzieci, przyjaciele... (śmiech). Kwestia brzmi następująco: jak minister spraw zagranicznych ma się do tego, co dzieje się w polskiej polityce, jakim się cieszy zaufaniem i jaką dysponuje samodzielnością? To nie są złe pytania, one są wręcz naturalne. Powinny padać na nie odpowiedzi. Jeśli nie głośne, to przynajmniej ciche, w kuluarach. To jest fundamentalny problem. Nie chciałbym być postrzegany jako człowiek, który grymasi, bo ktoś mu się nie podoba. Zupełnie nie o to chodzi. Rzecz w tym, że nie jestem w stanie zaakceptować niektórych propozycji programowych. One przekładają się bowiem na nasze miejsce w Europie i świecie.

    • Dlaczego w ogóle zgodził się Pan wejść do rządu tworzonego przez PiS, skoro jest Pan z innego środowiska politycznego?
    – Co znaczy: z innego środowiska? Z tego samego co PiS – solidarnościowego. Ono jest może inne pod względem typu wrażliwości, ale nasz pień polityczny jest ten sam. W 1980 roku uczyłem historii w szkole teatralnej i byłem tam pierwszym przewodniczącym Solidarności. Wchodząc do rządu, uznałem, że trzeba wznieść się ponad przejściowe animozje, spory często partyjniackie i paraideowe. Nie twierdzę, że premierowi się nie odmawia, ale nie odmawia się politykowi, który podjął się tworzenia rządu, a wywodzi się w istocie z tej samej formacji co ja. Jeszcze miesiąc temu sądziłem, że byłoby to sformułowanie patetyczne, ale teraz powiem wprost: kierowałem się polską racją stanu. Dzisiaj nie ma w tym określeniu patosu i byłoby dobrze, gdyby stało się ono naszą codziennością.

    • Twierdzi Pan, że nie ma problemów?
    – Są, ale innego rodzaju. One nie wynikają z tego, czy minister spraw zagranicznych dobrze współpracuje z prezydentem i z premierem. Rzecz w tym, że rząd nie ma większości i w takiej sytuacji trwa silny nacisk elektoratów. To jest publicznie widoczne, bo dociera do nas także za pośrednictwem mediów. Po ostatnich wyborach do głosu doszły w tej samej chwili rozmaite nastroje, które znalazły się jednocześnie w orbicie władzy. Nie następuje z tego powodu przewartościowanie polskiej polityki zagranicznej, ale trwa potężny szum informacyjny. Chodzi o to, aby wspomniany trójkąt władzy – prezydent, premier, minister – we wzajemnej współpracy przebijał się codziennie przez ten szum, wysyłając w świat bardzo wyraźne sygnały. Marzę o jednym: aby sygnały idące z Polski w świat – nie tylko do Unii Europejskiej – były jednoznaczne w sprawie tego, co w polityce zagranicznej dotyczy naszego jestestwa. Mam na myśli, rzecz jasna, takie przekazy, z którymi się zgadzam.

    • Jaki jest zatem bilans półrocznego funkcjonowania rządu?
    – Uważam, że jest to dobry bilans. Po wyborach mieliśmy okres wzajemnego docierania się i rozkręcania. To tak, jakby dwie figury baletowe – piruet i szpagat – musiały wystąpić na scenie jednocześnie i stworzyć wrażenie harmonii. Trudno wykonać je w tym samym czasie, a trzeba było to zrobić. Mimo licznych napięć, dotyczących na przykład budżetu, wiele spraw poszło do przodu. Zdarzały się oczywiście potknięcia, ale były to potknięcia wspólne. Nie wynikały one z konfliktów we wspomnianym trójkącie, lecz były błędami tego trójkąta. Wszyscy jesteśmy tymczasem w szybkim marszu, by nie powiedzieć – w biegu. Przed nami stoją ogromne wyzwania. Samo myślenie o sprawie wejścia do strefy euro powoduje zawrót głowy. To samo dotyczy walki z bezrobociem czy inwestycji. Kiedy ostatnio byłem w Chinach i Japonii, zajmowałem się bardzo intensywnie sprawami gospodarczymi. Każda rozmowa dotyczyła wielkiej polityki światowej, ale przez cały czas w tyle głowy miałem myśl o tym, ile miejsc pracy powstanie w Polsce. Polityka zagraniczna już dawno przestała być aktywnością koktajlowo-salonową.

    • Wspomniał Pan o wielkich wyzwaniach stojących przed Polską. Jakie warunki musiałyby być spełnione, by zajmował się Pan nimi nadal jako minister spraw zagranicznych?
    – Nie podoba mi się to pytanie. Nie jestem szantażystą, który żąda okupu w zamian za spełnienie marzeń urzędnika.

    Sonda

    Trwają tegoroczne egzaminy dojrzałości. A jak Ty wspominasz swoją maturę?

    • nie byłoby źle, gdyby nie to, że wszyscy dopytywali czy się uczę i niepotrzebnie mnie stresowali (38%)
    • moja matura to najłatwiejszy sprawdzian, jaki miałem w życiu (33%)
    • nie zdawałem matury (16%)
    • to był horror, zadania były trudne i nieadekwatne do tego, co robiliśmy na lekcjach (14%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.